Bioshock: Infinite, spadkobierca pierwszej części Bioshocka, który ze swoim poprzednikiem dzielił fundament opowieści pod postacią stwierdzenia "There's always a lighthouse, there's always a man, there's always a city" wzbudził wiele kontrowersji i sprzecznych opinii. Ba! Można nawet pokusić się o tezę, że w okresie popremierowym podzielił graczy na dwa obozy: zachwyconych nowym dziełem Irrational Games, jak i tych sceptycznie nastawionych, wyliczających po kolei wszystkie wady.
Columbia - Battleship Bay.
Nie będę starał się ukrywać, że stanąłem po stronie tych pierwszych. Oryginalny Bioshock urzekł mnie całościowo i mógłbym rozwodzić się o nim godzinami (może kiedyś nawet się o to pokuszę!), a i tak nie wyczerpałbym wszystkich wątków. Hipnotyczny, mroczny, pochłaniający klimat, wybitna oprawa audiowizualna, zaskakująca fabuła, wybory moralne, satysfakcjonujący system strzelania, moce (przedstawione jako plasmidy) i to miasto - najmocniejszy punkt całej gry. Żyjący świat z własną tożsamością, nie dający wszystkiego na tacy, ale czekający aż sami odkryjemy jego sekrety. Mistrzostwo.
Infinite zaś był czymś z grubsza innym - fabuła była podana w sposób bardziej bezpośredni (chociaż nie do końca, wielu informacji nadal dowiadywaliśmy się z tak zwanych voxophone'ów) i ubrana w inne słowa. Metropolia, w porównaniu z Rapture, nie sprawiała tak klaustrofobicznego wrażenia.
I właśnie tego jednego najnowszej produkcji Ken'a Levine odmówić nie możemy - przepięknej antyutopii, która na każdym kroku raczyła nas coraz lepszymi widokami. No po prostu bajka i koszmar w jednym. Zapraszam Was na krótką wycieczkę po Columbii... Bez walk i rozlewu krwi, sam krajobraz!
Columbia.
.png)
Columbia - Soldier's Field.
Columbia - Finkton.

Columbia - New Eden Square.

Po więcej smakowitych kąsków odsyłam do:











.png)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz